Browsing Tag

dziecko

PARENTING RODZIC

Mam nieodkładalne dziecko

7 grudnia 2018

Mam nieodkładalne dziecko, tak zwane „high need baby”. Dużo czasu spędzamy przytulone, zarówno w dzień, jak i w nocy. Jest ze mną wszędzie; w toalecie, w wannie, w łóżku, w kuchni. Chwile, kiedy pochłania ją zajęcie niewymagające mojego udziału są raczej rzadkie i krótkotrwałe.

Jazda samochodem to droga pełna frustracji i krzyku ze strony „skrępowanego pasami” malucha. Wychodzę z siebie wymachując książeczkami, „awaryjnymi plackami”, aż w końcu łamie nasze szlachetne założenia (o nieużywaniu smartfona przez dziecko) i uzyskuje ciszę dzięki dziecięcej grze edukacyjnej na smartfonie.

Sen mojej córki jest niezwykle lekki, takie drobnostki jak strzelające kolano, czy wibracja telefonu mogą zakończyć krótka drzemkę w ciągu dnia. Nie ma mowy o tym, żeby zając się praniem, zalegającymi talerzami w zlewie czy innymi czynnościami generującymi nagłe, pojedyncze dźwięki.

Lepiej siedzieć cicho jeśli ma się marzenie o chwili dla siebie.
A najlepiej jeśli dziecko śpi wtulone we mnie, wtedy drzemka potrafi trwać nawet dwie godziny.
(Piszę to jako mama 18 miesięcznej dziewczynki, jako niemowlę sypiała dłużej.)

Był czas kiedy mi to przeszkadzało, zwłaszcza kiedy towarzystwo podrzucało złote rady, kompletnie nieskuteczne na HNB (np. usypianie w samochodzie czy wprowadzanie wieczornej rutyny -rodzic hajnida pewnie się przy tym zaśmieje). Bardzo długo nie kwalifikowałam mojej córki pod dziecko wymagające, wydawało mi się, ze takie są wszystkie dzieci, a kobiety, które opowiadają o spokojnych aniołkach zwyczajnie pudrują rzeczywistość. Mimo wszystko opowieści o potomstwie, które ma długie i spokojne drzemki, dzięki którym rodzice mogą zapanować nad domem wprowadzały mnie w zadumę. Dlaczego w moim przypadku najdrobniejszy szmer kończy się pobudką? Dlaczego inne mamy są bardziej wypoczęte niż ja? Dlaczego mają czas na trening w domu? Próbowałam podejmować walkę z potrzebami córki, nie wiedziałam wówczas, ze na temperament mojego dziecka jest stosowne określenie i sposób postępowania. Jaki?

NIE WALCZ Z TYM. High Need Baby tak ma.

Wszelkie próby uzyskania zmiany w zachowaniu naszego dziecka kończyły się tym, ze sfrustrowana i zmęczona była nasza cała trójka. To wszystko było nienaturalne i przykre, w dużej mierze opierało się na odmawianiu bliskości, a to jedynie stresowało dziecko, które wówczas jeszcze bardziej potrzebowało naszej atencji. Szybko zrezygnowaliśmy, zmęczeni postanowiliśmy po prostu dać się poprowadzić intuicji i ta okazała się najskuteczniejsza.

Zapewnienie poczucia bezpieczeństwa i bliskości dzieciom „nieodkladalnym” to szalenie istotny element współpracy na linii opiekun-dziecko. Dzieci wymagające posiadają szczególny temperament, który przejawia się wzmożona czujnością. Ta czujność prowadzi do stałego upewniania się, ze rodzic jest w zasięgu by zapobiegać potencjalnym zagrożeniom. Obserwują otoczenie, nasłuchują. Takie czuwanie jest męczące, dlatego niezwykle istotna jest bliskość z rodzicem – jest to ten rzadki moment kiedy czuwać nie trzeba, można odpocząć.

W dorosłym życiu takich środków to blokowania naszego systemu czuwania jest mniej. Chociaż wiele bym oddała za poczucie, ze teraz za czuwanie odpowiada ktoś inny. I mówię to jako dorosły „high need baby”.

Czy z tego się wyrasta?

Nie do końca.

To nie jest choroba, stan ani faza. To jest temperament, cechy, które kształtują charakter młodego człowieka. Nawet w dorosłym życiu czuwamy, obserwujemy, zazdrościmy znajomym tego, że potrafią zasnąć w minutę. Z high need baby wyrastamy do high need human, ale te potrzeby potrafimy spełniać we własnym zakresie, a to istotna różnica. Dziecko wciąż potrzebuje rodzica.

Jeżeli otoczymy dziecko opieką, skupimy się na rozumieniu jego potrzeb ta czujność ma szansę subtelnie zmaleć, uczenie dziecka samodzielności również stanowi istotny punkt wsparcia prawidłowego rozwoju emocjonalnego. Jeżeli natomiast posłużymy się metodą „zimnego chowu”, będziemy dziecko pozostawiać samo sobie „aż się wypłacze”, wysoce prawdopodobne jest to, że czujność dziecka, strach przed odrzuceniem, samotnością będą narastać. Będzie nam wszystkim trudniej.

Kilka słów opisujących dzieci wymagające (High Need Baby, skrót HNB):

Usypiają długo, śpią płytko, budzą się częściej niż mniej czuwający rówieśnicy.
– Bardzo często zmęczeni częstymi pobudkami rodzice HNB decydują się na co-sleeping (wspólne spanie). Bardzo pomaga się wyspać obu stronom.
Są nieodkładalne. Nie lubią przebywać na powierzchniach „niematczynych”, teoria 4 trymestru zdaje się przedłużać na trymestr 5 i 6… Noszenie i wiszenie przy piersi to sens ich istnienia.
Domagają się kontaktu z rodzicem; chwile kiedy dziecko jest pochłonięte samodzielną zabawą należą do świętej rzadkości.
Nie tolerują krępowania; fotelik samochodowy, pasy, szalik to najskuteczniejsze sposoby na wyprowadzenie dziecka z wątpliwej równowagi w mniej więcej 2-3 sekundy. Jazda samochodem nie należy do relaksujących czynności ani dla rodziców, ani dla dziecka.
Są zmienne; wprowadzanie rutyny nie należy do najłatwiejszych czynności, hajnidy nie czują się zobowiązane do przestrzegania pór dnia, drzemek, kąpieli. Jednego dnia są śpiące o 19:00, drugiego po trzygodzinnym lulaniu udaje się je położyć do łózka o 24.
Są wrażliwe; bacznie obserwują otoczenie i silnie reagują, nie przegapią złości, żalu, płaczu, będą współodczuwać i prawdopodobnie trudno będzie je wyciszyć. Poddenerwowani rodzice mogą dostrzec, że mimo usilnych prób ich nastrój udziela się dziecku, które odmawia zabawy, snu, jedzenia i akceptuje jedynie noszenie.

Rodzicom HNB bardzo polecam bloga http://wymagajace.pl, znajdziecie tam ukojenie. 🙂

 

PARENTING

Matko, zorganizuj się

20 maja 2018

Oswajając się z macierzyństwem nie miałam w otoczeniu innej świeżo upieczonej mamy, z którą mogłabym dzielić się „sposobami na życie”. Byłam trochę zagubiona i przytłoczona ilością pierwszych razów, z którymi musiałam mierzyć się każdego dnia. Babcie były pomocne, ale ponieważ obie pracują moim głównym źródłem, u którego szukałam odpowiedzi na nurtujące pytania był internet. Szukałam bloga parentingowego, na którym znalazłabym fajną, obytą z macierzyństwem kobietę, która z dobroci serca szerzyłaby rodzicielskie mądrości dla niewtajemniczonych.

Znalazłam wówczas coś zupełnie innego.
Znalazłam zdanie, które pojawia się dość często w internetowej aktywności matek.

„Wystarczy dobra organizacja.”

To zdanie pada przeważnie ze strony kobiet, które twierdzą, że mimo absorbującej roli jaką jest macierzyństwo są w stanie pracować, wyskoczyć z koleżanką na drinka, trenować regularnie, w ich domu panuje porządek, pachnie ciepłym obiadem. Nic nie musi się zmieniać po narodzinach dziecka.

Jak? Nikt nie wdaje się w szczegóły. Dobra organizacja, kropka.

Bardzo mnie to zagadnienie drażni ponieważ wprowadza kobiety w błędne przekonanie o tym, że da się to osiągnąć samodzielnie, a pewne ograniczenia w zakresie realizowania swoich potrzeb wynikają z ich winy. Z lenistwa, roztargnienia, braku sprytu. Niejednokrotnie czytałam pod podobnymi motywacyjnymi treściami jak zmęczone i zdezorientowane młode mamy wyrażały zaniepokojenie pytając „co robię nie tak?”. Nikt im nie odpowiedział.

Sama przez jakiś czas usiłowałam zrozumieć jak można zorganizować się na tyle żeby niemowlę nagle się dostosowało, przestało wymagać uwagi i potraktowało nasze plany poważnie.

Odpowiedź jest prosta

Z perspektywy czasu wiem, że odpowiedź na to pytanie wszystkie znamy, a jednocześnie nie przychodzi nam łatwo, ponieważ wymagamy od siebie stanowczo za dużo. Z miłości chciałybyśmy wszystko robić na 100%, a prawda jest taka, że najszczęśliwsze dzieciństwo zapewnimy naszym pociechom wówczas, gdy wrzucimy na luz.

Jaką przewagę mają matki wypoczęte, które są w stanie wygenerować czas na realizację własnych potrzeb?

Mają wsparcie.

Nie ważne, czy pod postacią męża (chociaż to nie zawsze wystarcza jeśli ten pracuje do późna), babci, niani. Te rodziny mają dodatkową parę rąk, które zapewniają im swobodę, a dzieciom opiekę.

I jasne, można takiego tymczasowego opiekuna nazwać „dobrą organizacją” – w końcu ktoś go musiał zorganizować – ale jest to ogromne niedomówienie. Na dobrą organizację każdy może sobie pozwolić, ale bez wsparcia nie będzie ona skuteczna.

Złote klatki

Dzisiejsze pary mają ten luksus, że życie rodzinne mogą rozpoczynać na swoim. Jest to doświadczenie, o którym marzyło pokolenie naszych rodziców, którzy nierzadko pierwsze lata małżeństwa spędzali pod dachem wielopokoleniowych domów. Wiecznie zajęta łazienka, nieproszone złote rady, błache konflikty z domownikami i brak własnego kąta mogły dawać się we znaki, ale jednak pod kątem wsparcia ówczesne matki były znacznie hojniej wyposażone niż współczesne. Przekazywanie malucha z rąk do rąk, pytania, których nikt nie zostawiał bez odpowiedzi, podział obowiązków rozłożony na grupę osób. To nie było takie złe.

Współcześnie odpowiedzi szukamy najczęściej u wujka Google, pracujące babcie sporadycznie zaglądają nacieszyć się wnukiem, a kiedy mąż wraca z pracy trzeba wybierać między spędzaniem wspólnego czasu, a realizacją własnych potrzeb, czy nadrabianiem zaległości w obowiązkach domowych. Ogromnym ratunkiem jest wsparcie rodziny czy niań i nie ma w tym absolutnie nic wstydliwego. Nie podoba mi się fakt, że kobiety usiłują ukrywać przed resztą świata, że czerpią radość z przestrzeni na własne „ja” dzięki czyjejś obecności.

Od razu podkreślam, że istnieje dobra organizacja na tym świecie, ale dość istotnym punktem odniesienia jest wiek dziecka. Inaczej organizujemy się przy śpiącym większość doby noworodku, inaczej przy raczkującym maluchu, a inaczej przy biegającym roczniaku (i dalej).  Należy też przyjąć, że zdolności organizacyjne matek w porównaniu do reszty świata są troszkę ograniczone przez konflikt interesów na linii kobieta-niemowlę i niestety niemowlęta nie słyną z ugodowości.

Jak matka matce

Nie bez przyczyny w sieci roi się od tzw. „wojujących matek”, które chętniej niż inne grupy społeczne wyrażają swoje frustracje. Macierzyństwo jest niezwykle emocjonalną rolą w życiu każdej kobiety. Chcemy zapewnić dziecku najlepszą opiekę i ze strachem myślimy o potencjalnych pomyłkach. Staramy się ze wszystkich sił, które w danym momencie mamy do dyspozycji. Nakładamy na siebie ogromną presję. Mając tego świadomość powinnyśmy być dla siebie wzajemnie wyrozumiałe i pomocne. Nikt na tym przecież nie zbiednieje, a wręcz przeciwnie – możemy wzbogacić życie innej rodziny pokazując zwyczajną prawdę.

 

 

Bez kategorii O ŻYCIU PARENTING

Baby Blues – (nie)piękne początki

4 sierpnia 2017

Kiedy dopadł mnie Baby Blues sporo czasu spędziłam na wertowaniu internetu w poszukiwaniu otuchy. Szukałam dowodów na to, że nie jestem w tym sama, nie zwariowałam i tak nie będzie już zawsze. O tym płaczliwym etapie połogu słuchałam na szkole rodzenia, wyobrażałam to sobie jako coś na kształt PMS. Popłaczę nad dzieckiem, nad reklamą papieru toaletowego, nad galaretowatym brzuchem po ciąży i w końcu mi przejdzie. Nie spodziewałam się jednak bólu egzystencjalnego.

Przechodząc przez Baby Blues bardzo potrzebne jest wsparcie. Moje monologi o smutkach macierzyństwa wprawiały często znajomych w otępienie – nie wiedzieli za bardzo co powinni odpowiedzieć, robili neutralną minę nie chcąc mnie urazić i nie ciągnęli tematu.

Nie miałam żalu. To trzeba poczuć, nie da się sobie tego wyobrazić.
Na szczęście moja mama słuchała cierpliwie – jak na zawodowego psychoterapeutę przystało – i koiła moje nerwy. Już sama jej obecność była kojąca. Momentami miałam wrażenie, że pod względem zapotrzebowania na „mamę” cofam się do czasów przedszkolnych.

Pod ciężarem własnej niechęci do nowego kształtu mojego życia myślałam o przyjaciółce, która opowiedziała mi, że po urodzeniu dziecka czuła się najszczęśliwsza. O kobietach z instagrama, które w pełnym makijażu sączyły aperol z niemowlakiem śpiącym smacznie w wózku obok. Ja z trudnością znajdowałam czas aby skorzystać z toalety.

Wciąż zadawałam sobie pytania:
Jak one to robią? (Te pytanie padało najczęściej)
Dlaczego nie czuję się dobrze w roli matki?
Czy tak już będzie zawsze?

W tym wszystkim najboleśniejsze było to, że było mi potwornie szkoda Zoji. Powinnam być szczęśliwą mamą. Tak jak te wszystkie instamamy, które w opisach swojego profilu pisały „szczęśliwa żona i mama”.

BABY BLUES

Baby blues to reakcja organizmu na intensywne zmiany hormonalne, które zachodzą w naszym ciele już po urodzeniu dziecka. Hormony zaczynają się (bardzo) powoli stabilizować, by w końcu wrócić do stanu sprzed ciąży.

W tłumaczeniu na emocje: Baby Blues to wstydliwy ból, którego samo istnienie powoduje wyrzuty sumienia.

JAK TO BYŁO U MNIE

Znacie te historie o wszechogarniającej matczynej miłości kiedy położna kładzie noworodka na piersi? To oksytocyna; hormon odpowiedzialny za przywiązanie, czułość i opiekę. Stężenie tego hormonu wzrasta drastycznie przy porodzie naturalnym, wytwarzamy go również karmiąc piersią, a nawet przy najzwyklejszym kontakcie skóra do skóry.

Tutaj zaczyna się moja historia.

Przy 8cm rozwarcia trafiłam na stół operacyjny z decyzją lekarza o cięciu cesarskim. Siłą rzeczy oksytocyny w moim organizmie było mniej. Kiedy podsunęli mi córkę do twarzy abym mogła ją zobaczyć i ucałować nie czułam nic. I nie chodzi mi o zobojętnienie, po prostu ten moment wydawał mi się odległy i nierealny.

Powtarzałam sobie „to ona”. To ona jeszcze kilka dni temu podskakiwała pod moim sercem kiedy piłam ciepłą herbatę.
To już. Już jest ze mną.

Ale ta legendarna miłość wtedy na mnie nie spłynęła.
Pomyślałam, że wśród gumowych rękawic, rurek i z otwartym brzuchem mam prawo do emocjonalnego otępienia.

Pierwsza fala czułości pojawiła się po 8-9 godzinach od zabiegu, kiedy wreszcie przynieśli do mnie dziecko na przystawienie do piersi. Leżałam z nią w szpitalnym łóżku, patrzyłam jak zmęczona stresującym dniem zaczyna zamykać oczka.
„Dałyśmy radę” pomyślałam, byłyśmy w tym przecież we dwie. Wzruszyłam się, wiedziałam, że już zawsze będę dla niej schronieniem.

Poczułam, że teraz będzie już dobrze.

POWRÓT DO DOMU

Byłam pewna, że powrót do domu przyniesie mi ulgę. Wrócę do swojej przestrzeni, po której nie biegają obcy ludzie. Położę się we własnym łóżku, wykąpię i opatulę szlafrokiem na cały dzień. Nie mogłam się doczekać.

I faktycznie, ulga chwilę trwała. A później stopniowo zaczęło docierać do mnie jak bardzo zmieniło się moje życie i jak niewiele wiem. Pojawił się strach. Bałam się każdego jęknięcia Zoji, jej płacz sprawiał, że przeszywał mnie gorąc. Chciałam, żeby w domu była osoba, która „zna się na dzieciach”. Potrafi uspokoić, nosić, karmić. Miałam ochotę uciec.

Ta panika ustępowała w miarę upływu dni.

Dodatkowym wyzwaniem okazało się pobudzenie laktacji. Wezwaliśmy konsultantkę laktacyjną, która pokazała nam prawidłowe techniki karmienia (w szpitalu każda położna miała odmienny komplet porad w tym zakresie) i poinstruowała jak używać laktatora. Przez ponad tydzień karmiłam piersią i odciągałam pokarm naprzemiennie. Pomiędzy jedną czynnością, a drugą miałam 20 minut, które przeznaczałam na prysznic, jedzenie lub zwyczajne gapienie się w ściane. Byłam wykończona.

Mój mąż był nieocenioną pomocą. Przynosił jedzenie (często jadłam karmiąc albo odciągając), pilnował godzin karmienia, nosił małą nocami kiedy płakała. Nie spaliśmy oboje. Ale to on dawał Zojce czułości za nas dwoje. Nie denerwował się, uśmiechał, rozczulał i chwalił nas obie.
Czasami żałowałam, że to nie on jest matką.

Dni mijały szybko, ale czułam jak znikam. Uświadomiłam sobie ile moich codziennych rytuałów przepadło, z iloma małymi przyjemnościami nie zdążyłam się pożegnać.

Czasami fantazjowałam sobie, że się budzę. Że ta cała ciąża, poród i dziecko okazały się tylko snem.
Budzę się i mogę w ciszy poleżeć jeszcze godzinę w łóżku, beztrosko przeglądając internet. Mogę wziąć długi prysznic, ułożyć włosy, ubrać się w jedną z letnich sukienek i wyjść ze znajomymi na kawę. Mogę wyjść wieczorem na drinka i wrócić o którejkolwiek. Mogę poczytać książkę w burzowe popołudnie i rozkoszować się dźwiękiem rozbijających się o parapet kropli deszczu.

Budzę się i wraca życie, które znam.

Ale to nie sen. To maleństwo płakało naprawdę, a moje życie kręciło się teraz wokół jej podstawowych potrzeb fizjologicznych.

TO MIJA

Pierwszy raz pojawiła się nadzieja na lepsze jutro kiedy przeczytałam fragment książki o rozwoju maluchów w pierwszym roku życia. Pocieszyła mnie informacja o tym, że kontakt wzrokowy, uśmiechy i gaworzenie zaczynają się już w drugim miesiącu. Zaczęłam więc wyczekiwać.

Na ratunek przyszła też mama, wyciągała mnie na spacery z wózkiem bo miałam tendencję do bunkrowania się w domu. Teściowa zostawała na godzinę z Zoją, abyśmy mogli wyjść na chwilę we dwoje z domu. Znajomi wpadli do nas w odwiedziny.
Odzyskiwałam skrawki normalnego życia.

I w końcu doczekałam się uśmiechu.

Pewnego dnia to po prostu zniknęło. Ten ból bycia matką, ból bycia nieszczęśliwą matką. Wszystko się jakoś ustabilizowało; życie, hormony, humory dziecka.

Każdy rodzic wam to powie: pierwszy miesiąc jest najgorszy.
Ale jest to wartościowe przeżycie.

Ostatecznie rodzicielstwo ma w zanadrzu ogromne pokłady radości 🙂